Matka głupich i naiwnych?
Ile razy można próbować, skoro nie wychodzi?
Gdzie jest moment, w którym lepiej byłoby zatrzymać się (i poddać)?
Ale czemu mielibyśmy się poddawać w dążeniu do czegoś, czego pragniemy? Bo nie wyszło? Bo bolało? Bo inni patrzą bez zrozumienia? Bo to „szaleństwo”? A może naprawdę głupota?
Głupotą podobno jest robienie tego samego i oczekiwanie innego rezultatu. Czy dawanie sobie szansy i nadziei na zbudowanie tego, czego potrzebujemy jest robieniem tego samego?
Te same ruchy?
Te same strategie?
Te same wybory?
Podobni ludzie?
Podobne miejsca?
Podobne okoliczności?
Czasem tak. Czasem droga do tego „właściwego” leży bardzo blisko tej głównej autostrady, którą jeździmy automatem na co dzień, nie docierając do miejsca docelowego.
Blisko, podobnie, z pozoru znajomo, a jednak w jakiś sposób inaczej. Drobna zmiana w nas:
- coś dojrzało i horyzont jest ciut szerszy,
- coś mniej się broni i widać trochę wyraźniej,
- coś jest spokojniejsze i mniej dygocze,
- mniej skrajności, więcej spójności,
- a może nowa odwaga?
- nadzieja?
Nienasycenie boli, i domaga się zaspokojenia.
Lecz chyba jeszcze bardziej boli rezygnacja, przyzwyczajenie do głodu… uśmiercenie pragnienia.
Nie każde zasiane ziarenko wzrośnie, ale na pewno nie urośnie to, które wciąż trzymamy w szufladzie.
Owocnego późnego lata,
M.
Podobno miłość jest prosta. Że jak jest, to wszystko wiadomo. Nie ma niepokoju, czy jest naprawdę i bezpiecznie. Jest pewność, dbałość, zaangażowanie, więź… to naprawdę brzmi prosto. Wręcz logicznie. Samo przez się się rozumie.
To czemu wokół tyle:
- lęku,
- wątpliwości,
- podważania,
- nadmiernego myślenia,
- prób odcięcia czucia,
- udawania, że nie zależy,
- unikania szczerości,
- … aż po zrywanie, znikanie, zgliszcza…
Tyle możliwości i tyle samotnych osób, i niemal dokładnie drugie tyle samo spłoszenia i chodzenia do tyłu zamiast wprost. A przez to dwa razy tyle bólu i łez. I noce zarwane nie namiętnością, a rozpamiętywaniem i szukaniem znaczeń tam, … gdzie może ich nie ma wcale, a może są tak głęboko stłamszone lękiem przed ponownym cierpieniem, że prawie to tak jakby ich nie było…
Była Nadzieja… jest Miłość…
pasowałaby jeszcze Wiara…
Dobranoc,
M.
Z tej trójki (miłość, nadzieja… wiara) chyba ona wymaga najwięcej zachodu. Nadzieja to czasem impuls i błysk, czasem sama przychodzi i po prostu czujemy, że JEST. Że nam się chce. Że mamy pragnienie. Choć – skoro jest chwilowym błyskiem światła – to czasem równie szybko znika. Muśnięcie serca. Miłość… ma szerszy kontekst i tysiąc twarzy. Do siebie… Do kogoś… Do idei… Do miejsca… Nadzieja trzyma Miłość za rękę, gdy ta zaczyna lękać się i wątpić.
A wiara? Jak dobrze by było znaleźć „sposób” na to, by wiara mogła trwać:
- mimo kolejnego zranienia, które podsuwa: „coś ze mną nie tak…”, „nigdy się nie uda…”, „poddaję się, ta droga jest za trudna…”, „to nie dla mnie…”…
- mimo zmęczenia, które zmierza do wyczerpania i wytraca resztki sił (i nadziei)
- mimo pustki (w środku, i naokoło – gdy naprawdę nie ma nikogo, czasem tak jest…)
- mimo kolejnej bezsennej nocy, bo oczy ogromne ze strachu,
- mimo … sam(a) wiesz co tu jest…
Czasem wiemy dokładnie, że „wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”, że po burzy – nawet gdyby lało tygodniami – kiedyś zza chmur wyjrzy promień słońca, że może jest gdzieś jakiś ktoś, dla kogo jesteśmy Kimś, albo coś, co przypomni nam jaśniejszy czas… Ale zanim to znów zobaczymy można płakać, bać się, nie wierzyć, złościć, znów płakać… bo nasze rany są we łzach. Takich, które nie mogły popłynąć, bo świat nie był na nas czujących gotowy…
Deszczowy czas, można się podłączyć… lub pod film / muzykę, która otworzy drzwi… warto znaleźć drogę do tego jeziora łez… a może i oceanu?
Smutno bez wiary.
Na szczęście wiara też chodzi za rękę z nadzieją, i czasem pojawia się zaskakując radością, podrzucona z nienacka, jak pierwszy przebiśnieg nieśmiało wychylający się spod śnieżnej kołderki.
